|
NON OPUS DEI - VI: The Satanachist's
Credo
data wydania:
październik 2005
format: CD
numer katalogowy: (Moon CD 041)
czas trwania: 33m:43s
styl muzyki: Black Metal
>>> biografia >>>
Ritualistic Black Metal - cokolwiek
by to miało znaczyć, to właśnie jest zawartością "VI:
The Satanachist's Credo". Dziewięć diabolicznych, awangardowych, mocno zakręconych utworów bazujących na solidnym black metalowym fundamencie. Album, tak jak poprzednie produkcje NON OPUS DEI do najłatwiejszych w odbiorze nie należy. To rytaulne, mroczne misterium pełne tajemniczego diabelskiego magnetyzmu i magii. NON OPUS DEI z wielką klasą łamie stereotyp typowej black metalowej hordy, nie ma poprostu drugiego zespołu, który grałby w taki sposób, trudno też znaleść grupę, która w swojej muzyce przemycała by aż tyle Diabła. Wystarczy posłuchać "VI: Satanachist's Credo" by się o tym przekonać.
CD zawiera bogatą 20-stronicową książeczkę ze znakomitą
oprawą graficzna badącą uzupełnieniem przesłania
przekazywanego w muzyce i tekstach.
program płyty:
1.
Sic Damno Me
2. When All The Motion Has Ceased
3. Not Art But War MP3
4. Kriegsgeschrei
5. The Gammadian Alchemy
6. Death Before Dishonour
7. Homo Galactica
8. The Credo
recenzje:
Open Casket #13
Z nieskrywanym zadowoleniem wkładałem tę płytę do odtwarzacza (nie mylić z komputerem). Po tym co zapodali na poprzednim albumie miałem niebywałą chrapkę na kolejną odsłonę diabelskich hymnów w wykonaniu NON OPUS DEI. I już otwierający "I: Sic Damno Me" pokazuje, że i tym razem nie będzie lekko. Zmiany tempa, zmiany nastrojów, wokale niczym u kogoś, kto ma nie tyle rozdwojenie co potrojenie jaźni! Następny kawałek i znowu bogactwo dźwięków, polskie wokalizy, a po otwierającym brzęczącym basie w "III: Not Art But War" mamy wspaniały eksperyment, elektronika, techno, ale jakże diabelsko podane, zero pedalstwa, skręcone solówki, to jest to co różni NON OPUS DEI od rzeszy innych wykonawców szeroko pojętego black metalu! Oni są nieprzewidywalni, a pomysły i ich wykonanie są doskonałe. I nie jest to żadne nowomodne gówno, które dociera z Norwegii i jest wielbione przez nowomodnego "metalowca", który umarłby przy NOD. Ponownie mamy wokal w kilku językach, i to jeszcze przemieszany w jednym kawałku jak np. w "VII: Homo Galactica". Są też i jednak mankamenty tego albumu, jak dla mnie za mało drapieżności, za mało szybkich czysto black metalowych partii, które urozmaiciłyby z pewnością i podniosły majestatyczność płyty. Póki co idę zarzucać kolejny album, na którego temat poczytacie już w nr 14.
Antichrist 'Zine
New album of this fine Polish group. Change of a label, all over again Metal Forthress, now - Polish Pagan Recs. It Is assured, people from Pagan are not disappointed by purchase of this ominous collective!
So, this album too has left weight of positive emotions. All as before - dark metal, only here already more in black metal a frame. 8 new songs up to the top filled by fury, rage... Almost all songs on Polish, that, besides, has pleased, it is good, in this plan nothing has changed. Here only songs are shorter. Music NOD, as a matter of fact, is terrible and beautiful, furious and pleasant. Yes, Poland, by way of Qualitative metal - is far not last place in world UG borrows. Quality of the sound, the music and musical skill brightly enough shows it.
At present my house is filled by a gloom, whether want, will join? If want, that, as they say - write letters, or on the address of a label, or on the address of group. Well and more in detail about this group you can learn in our following release!
4 \5
MetalHeart.pl
Mój wcześniejszy kontakt z Non Opus Dei ograniczył się do zakupu płyty "Diabolical Metal", którą notabene uważam za nieco wioskową. Po tak niemiłych doświadczeniach nie korciło mnie więcej aby nawet śledzić losy tego zespołu, przeto z niemałym zdziwieniem przyjąłem wiadomość, że Klimroth i spółka podpisali papiery z Pagan! Wiadomo przecież, że Tomek Krajewski słabych pozycji nie wydaje. Dziś nareszcie sam mogę stanąć oko w oko z "VI: The Satanachist's Credo". Pierwsze wrażenie było nie za miłe - takie dziwne, poszarpane blackowe - niewiadomo co. Płyta wylądowała na półce. Raz na jakiś czas jednak wracałem do niej traktując ją jako podkład do czynności wykonywanych w domu. Pewnego dnia wreszcie załapałem o co tu chodzi! Dziś siadam w zachwycie nad "Sic Damno Me", "Not Art But War" czy absolutnie genialnym (z filuternym, na pograniczu kiczu riffem!) "Death Before Dishonour". Gdyby tak jeszcze Klimorth zrezygnował z tych swoich buńczucznych melodeklamacji, miejscami gównianych liryków to byłoby miodzio. Trzeba jednak przyznać szczerze, że wokale to kamień węgielny tej płyty. Świetny, jadowity syk, potrafi wywołać ciarki na plecach. Gitarki też niczego sobie, tną totalnie zakręcone, nieco transowe melodie, które wraz z sekcją rytmiczną wbijają się do podświadomości niczym gwoździe w łapki ukrzyżowanego. Jeżeli szukacie czegoś oryginalnego to z czystym sumieniem mogę polecić Non Opus Dei. Stworzyli coś naprawdę swojego, coś, co raczej nie uzyska poklasku mas, a jednak..."VI: The Satanachist's Credo" może się podobać co bardziej otwartogłowym, rogatym duszyczkom!
Marcin Ratajewski
Mroczna Strefa - www.mroczna
strefa.com
Powiem od razu - podoba mi się ta płyta i to z kilku powodów. Po pierwsze NON OPUS DEI kroczył zawsze swoją drogą, nie oglądając się na nikogo i za to szacunek. Po drugie zawsze prezentował pewną awangardę na naszej scenie. W obliczu masy kapel małpujących bezmyślnie oklepane patenty mamy tu ogromną świeżość i przestrzeń, którą to potęgują różne nietypowe zagrywki. Deklamacje momentami trącą pewną płytą, ale to akurat mi w żadnej mierze nie przeszkadza. Bardzo dobrze, że taki zespół trafił do Pagan. Jestem przekonany, że płyta mogła by przejść bez echa bez odpowiedniej promocji. Na pewno jest wyznacznikiem owego tytułowego credo. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że gdzieś tam pobrzmiewają echa, klimat niektórych fragmentów "Grand Declaration"... wiadomo kogo. Być może wynika to z owej progresji zawartej w muzyce Olsztynian. Jest to płyta, której nie można strawić w łatwy i przyjemny sposób. Zespół postawił sobie wysoko poprzeczkę, ale słuchając tej pozycji można być prawie pewnym, że nastepna płyta zdrowo kopnie w dupsko... polecam!!!
ocena: 8/10
sThor
Metal Hammer
"Wykreśl me imię z księgi życia, wpisz je do księgi śmierci…" Takimi słowami rozpoczyna się najnowsze dzieło Non Opus Dei. Rozpoczyna się więc konkretną deklaracją, tak jakby zespół chciał już na początku pozbyć się niepotrzebnego balastu niezdecydowanych i lekko tchórzliwych fanów. Bo faktycznie trzeba mieć sporo odwagi, by zanurzyć się w paranoiczny świat zespołu z najbardziej satanistycznego miasta w Polsce. Pomijając teksty, skądinąd ciekawe i zmuszające do refleksji (abstrahując od ich konkretnej wymowy...) muzyka jest tak zakręcona i wielowątkowa, że nazwanie jej black metalem byłoby daleko posuniętym nietaktem. Być może sam zespół chce widzieć się w takiej szufladce, jednak ja wolałbym nazwać tę muzykę "awangardowym post - black - noise - metalem". Wiem, wiem, jestem głupi, ale sami spróbujcie jakoś określić te dźwięki. Chwała grupie za odwagę! Na płycie (33 minuty...) dominują wolne, walcowane tempa utworów (tylko niekiedy pojawiają się krótkie przyspieszenia, np. blasty w "Death Before Dishonour" czy w końcówce "The Gammadian Alchemy"), stanowiące fundament dla dziwnych, rozjechanych, dystorcyjnych gitar, w których z jednej strony odbija się część tradycji black metalu, ale mamy też eksperymenty brzmieniowe i całą masę smaczków drugoplanowych, do których trzeba się dogrzebać, intensywnie słuchając tej płyty, przebijając się jednoczesnie przez zbyt twarde (moim zdaniem...) brzmienie, co stanowi chyba jedyny, delikatny minus tej produkcji. Momentami muzyka zahacza o pomysły wczesnego Samaela, w riffach można usłyszeć ostatnie dokonania Emperor. Pojawia się próba ubrania jej w niemal operowo - kabaretowe szaty (początek "Kriegsgeschrei", zaśpiewany w dodatku po niemiecku, co dodaje straszliwej wściekłości temu utworowi). Nad muzyką, za sprawą dość mechanicznych, lekko transowych rytmów unosi się lekki posmak industralu, co czyni dźwięki jeszcze bardziej nieludzkimi. Zespół bawi się, łącząc w tekstach fragmenty śpiewane po angielsku z polskojęzycznymi deklamacjami. Warto zwrócić uwagę na słowa, bo te mają zdecydowanie znaczenie, stanowiąc coś w rodzaju apokaliptycznej poezji. NOD nie bawi się w podchody, pokazuje swoją postawę, sączy w nasze mózgi paranoję i szaleństwo. I wciąga. Musiałem się z tą muzyką oswajać dość długo, jednak, po pokonaniu oporów okazało się, że świat dźwięków kreowanych przez Non Opus Dei hipnotyzuje i zniewala. Jeśli nie boicie się oryginalności, możecie spokojnie szukać płyty w sklepach. Jeśli dodatkowo nie macie oporów z przyswajaniem słów, które nie mają chyba w dzisiejszej rzeczywistości racji bytu - musicie koniecznie po "Satanachists Credo" sięgnąć...
Arek Lerch 4,5
Old Temple Magazine
Ja wiem, że ta kapela jest jedyna w swoim rodzaju, nie idzie za
żadnym trendem, nikogo nie naśladuje, nie jest do niczego
innego podobna. To swoisty rodzynek na scenie i nie tylko
Polskiej, bowiem i za granicami naszego kraju ciężko o podobna
kapelę! Zdziwiło mnie tylko, że wydaje albumy w tak krótkim
okresie czasu. W wielu przypadkach miałoby to wpływ na jakość
muzyki, ale w przypadku Olsztynian nie ma to znaczenia. Nastąpiły
jednak zmiany w samej muzyce. Jest szybciej i bardziej
agresywniej niż na poprzedniej płycie. Utwory uległy skróceniu,
ale nadal są rozbudowane, przemyślane i spajają się w jedną
całość, jakim jest hołd dla Szatana! Występuje też kilka
zwolnień, oraz dziwnego rodzaju wstawek, które wzbogacają ten
album. Jak zwykle wokal jest znakomicie wpasowany w całość, a
teksty są zaśpiewane w kilku językach. Szata graficzna bogata
obszerna i zawierająca wszystko, co tylko można chcieć! Są tłumaczenia
wszystkich tekstów na Polski język. Okładka... może budzić
dziwne przemyślenia, ale zapewniam, że z żadną polityką nie
ma nic wspólnego! Znający zespół nie będą rozczarowani
inni powinni zapoznać się z zespołem, który pokazuje jak grać
Black Metal w sposób nie szablonowy, oryginalny, a jednocześnie
emanujący ogromną siłą zła i mroku! Jak dla mnie perełka!
Ocena: 6/6
Kruk
INDEPENDENT.pl
Wspaniale jest obserwować zespół, który z każdym kolejnym wydawnictwem dostarcza coraz bardziej frapujących utworów, z roku na rok konsekwentnie rozwija się i niezmiennie zaskakuje. Takim zespołem jest olsztyński Non Opus Dei, którego trzeci oficjalny materiał właśnie ujrzał światło dzienne. „VI: The Satanachist’s Credo” to album pod wieloma względami przewyższający to, co do zaoferowania ma niejedna zagraniczna grupa z kręgu tak zwanego poszukującego metalu, jaki ostatnimi czasy zdaje się święcić triumfy. „Cudze chwalicie, swego nie znacie” – chciałoby się powiedzieć.
Z drugiej strony, ignorowanie dokonań Non Opus Dei przez większość metalowego audytorium może mieć i dobre strony. Skoro kapela mogła do tej pory liczyć wyłącznie na uznanie wąziutkiego grona otwartych na eksperymenty napaleńców, nie musiała naginać się do gustów publiki, miała natomiast przywilej kształtowania i wysubtelniania owych gustów za pomocą swoich dźwięków. I korzystała z tego przywileju, a to postawa naprawdę godna pochwały.
„The Satanachist’s Credo” zdaje się otwierać nowy rozdział w historii rozwoju zespołu. O ile poprzedni krążek Non Opus Dei, „Sem al diavol va porti al mal”, był dość prosty pod względem formalnym, acz piekielnie transowy, hipnotyzujący wręcz, o tyle trzeci album długogrający tercetu przynosi utwory zdecydowanie bardziej zintensyfikowane – bynajmniej nie mam na myśli bezmyślnych galopad o ponaddźwiękowych prędkościach – kipiące gąszczem z pozoru nieprzystających do siebie dźwięków, nieregularnie skonstruowane, abstrakcyjne. Gitara preparuje gęsto tkaną sieć niekonwencjonalnych zagrywek i niepokojących melodii, Klimorh niby się drze, ale gdy przysłuchać się uważniej, jego wokal odkrywa szerszą paletę środków, a całość nagrania spowija jakaś trudno definiowalna, parateatralna aura. Nie jest zaskoczeniem, że kontekstem, w jakim najczęściej była sytuowana twórczość Non Opus Dei, był black metal. Wobec zawartości najnowszego krążka takie porównania ostatecznie tracą rację bytu, nawet cokolwiek nieprecyzyjny termin „post black metal” nie załatwia sprawy, bo płyta nie pozostawia wątpliwości, że nie tylko metalowa ekstrema kształtuje wyobraźnię wspomnianego Klimorha, lidera grupy. Ciekaw jestem, jak w nowych utworach zespołu sprawdziłyby się brzmienia instrumentów dawnych, które w dużym stopniu decydowały o atrakcyjności poprzedniego krążka. Tym razem ich zabrakło. Zderzenie tradycji z modernizmem mogłoby na „The Satanachist’s Credo” wypaść ekscytująco.
Ale nie czepiajmy się na siłę... Jeśli metalowcy nie są głusi, płyta powinna nimi wstrząsnąć.
Krzywy
PSYCHO ZINE:
Non Opus Dei już teraz zasługuje na szacunek, a to ze względu na nie konwencjonalne podejście do black metalu, które z pewnością wybija ten zespół z tłumu. Nie inaczej jest z " VI The Satanachist's Credo ".
Album od samego początku odsłania warsztat niespotykanych rozwiązań wzbogacających atrakcyjną postać każdego utworu. Wszystkie kawałki stanowią antidotum na uschnięte ramy czarnej smoły prezentując konstrukty wymagające ponownych przesłuchań. Jest to płyta dla wszystkich zatopionych w oklepanych do bólu manewrach, ponieważ każdy track jest przyjemnością dla ucha stawiającą Non Opus Dei w pierwszej piątce Polskiego black'u.
Eksperyment jest kluczem do tego tworu, który otwierając zamglone źrenice wlewa swój intelekt i niepodważalny styl obycia się z muzyką będącą w definicji zespołu dźwiękami ponadprzeciętnymi. Ja tutaj tak cukruje, że jest nowatorsko itd i to jest prawdą, bo płyta robi wrażenie, lecz byłoby prawie idealnie jakby nad tym wszystkim unosił się jakiś specyficzny klimat, mgła mistycyzmu, okultyzmu. Chodzi mi o pewien hipnotyzm, poza rozsądkową tożsamość, która w połączeniu z niecodziennym repertuarem przyczyniłaby się do całkowitego opadu szczęki.
Nie twierdzę, że jest całkowicie sterylnie, czysto, technicznie lecz da się wyczuć, iż materiał prosi się o więcej charakteru, o większy wykop w pyski. Niepodważalnym atutem jest fakt niejednego zbadania zakątków " VI The Satanachist's Credo " niezbędnych do zgłębienia, poznania albumu oferującego w zamian bardzo ciekawą postać black'u, będącą przykładem na to, że w tej muzyce jeszcze wszystkiego nie powiedziano. Warto się z tym zapoznać, ponieważ jest to płyta odpędzająca monotonie gatunku, zmęczenie tematu oraz wszelką przewidywalność.
MARIUSZ KAMINIK
NBC:
Non Opus Dei - ta nazwa jeszcze długo pozostanie w mojej głowie jako synonim niekonwencjonalnego, przełamującego stereotypy i przekraczającego wszelkie granice black metalowego dziedzictwa. Swoją drogą to ciekawe ilu z Was będzie w stanie zaakceptować tak dojrzałą formę muzyczną, jaką wypełniony został "VI: The Satanachist's Credo"? Heh, no szkoda mi was nieboraki, żyjcie sobie dalej w tych ołowianych skorupkach, tymczasem NOD i tak kładzie na was lachę! Szumnie zapowiadana produkcja i krążące wokół niej slogany wcale nie okazały się pustymi, niemającymi pokrycia słowami. Wszystko, począwszy od warstwy graficznej po najważniejszy aspekt muzyczny jest tutaj zjawiskiem nietypowym, zrywającym z dotychczasowymi konwencjami nagminnie eksploatowanymi przez skupiska mniej lub bardziej autentycznych hord. Olsztynianie zawsze wyróżniali się z tego pospolitego szeregu, ich droga to nie ścieżka na przełaj lasu, oni wolą zdecydowanie wysokogórskie serpentyny, kto wie dokąd prowadzące. Może ku przepaści, a może na sam szczyt... Jedno jest pewne - w swojej kategorii kapela ta osiągnęła chyba to o czym marzyli jej członkowie. O popularności mowy być nie może, ale wystarczyć już musi im sam fakt, że nazwa jest obecna, a jeśli nie to w najbliższej przyszłości pojawi się na ustach wielu. Jednym je raz na zawsze zamknie, drudzy będą sławić jej imię, a jeszcze innym kopara opadnie ze zdumienia i nie zrozumienia filozofii NOD. Może być też tak, że album ten spotka się z takim samym przyjęciem, jak pożegnalny "Prometheus" Emperor - to nawet więcej niż pewne. I pomimo tego, że krążki te pod względem muzycznym różnią się od siebie znacząco (u Norwegów stylistyczny rozmach i przepych budził respekt!) to jednak łączy je skłonność do częstego popadania w twórczą improwizację, bo muzyka zawarta na obu wydawnictwach z pewnością nie jest wynikiem bezdusznych kalkulacji. Asynchronia zamiast synchronii, bezład kontra porządek - obok w ten sposób scharakteryzowanej płyty nie można, nie da się przejść obojętnie. Nacisk położony został w tym wypadku na drobiazgowość poszczególnych elementów czy nawet pojedynczych dźwięków. Momentami dzieje się tu tak dużo, że przeciętnemu słuchaczowi ciężko jest to wszystko ogarnąć w ten sposób, by nie przepadła jakaś niezmiernie ważna nuta. Ale spokojnie, w końcu od czegoś jest ta płyta, więc jeżeli jakiś szczegół wam umknie, a nawet wtedy, gdy nie będziecie tego świadomi, z pewnością natkniecie się na nań podczas kolejnego przesłuchiwania "VI: The Satanachist's Credo". Wybrany do celów promocyjnych "Not Art But War" to prawdziwie wybuchowa kompozycja, w której futurystyczny klimat szkicowany jest na zakręconym death/black metalowym podłożu. Ukazana z początku idealna współpraca sekcji, rytmicznej stopy i tłustego basiska to tylko przedsmak tego, co na późniejszym etapie nas czeka. Przeszywające wokale, oszczędne nagromadzenie gitarowych riffów czy mistrzowska żonglerka klimatem - radzę posłuchać, bo to tylko wierzchnia warstwa zdradzająca nam - słuchaczom, że pod warstwą bardziej oczywistych dźwięków kryją się niesamowite idee. Może i ten zwrot jest już nieco utarty i urobiony, ale co tam: spodziewajcie się niespodziewanego! Ot tak, po prostu!
KaRel - http://www.nbc.art.pl
|