|
HERMH - Before The Eden - Awaiting
The Fire
data wydania:
październik 2004
format: CD
numer katalogowy: (Moon CD 039)
czas trwania: 36m:28s
styl muzyki: Vampiric Black Metal
>>> biografia >>>
"Before the Eden - Awaiting the
Fire". Plyta jest ogniwem między poprzednią produkcją
"Angeldemon" i kolejnym albumem, ktory powstanie w
niedalekiej przyszlosci. Na program "Before the Eden -
Awaiting the Fire" skladaja sie dwa calkowicie nowe numery,
trzy na nowo nagrane utwory z poprzednich krążków HERMH , dwa
covery - "Valhalla" BATHORY i "Deathcrush"
MAYHEM oraz profesjonalnie zarejestrowany videoclip. 36 -
minutowy materiał, zarejestrowany w Hertz Studio, 16 stronicowa
książeczka i teledysk - wszystko to przedstawia HERMH
jako bardzo dojrzały zespół, wciąż wierny korzeniom potężnego,
symfonicznego Black Metalu. Bart ze swoim gardłem zalicza się
do czołowych Black Metalowych krzykaczy w naszym kraju.
Wszystko to w cenie mini-albumu!
program płyty:
1.
Hunger MP3
2. Red Blood Running
3. Years of Dying
4. Crying Crown of Trees
5. Neverending War
6. Valhalla
7. Deathcrush
+ video-clip "Hunger
recenzje:
Mroczna Strefa:
Po długiej nieobecności na scenie, HERMH powrócił z kolejnym materiałem. Na "Before the Eden - Awaiting the Fire", który jest jednocześnie przypomnieniem historii zespołu, jak i zapowiedzią nowego albumu, składają się dwie świeże utwory, trzy powtórnie nagrane, znane już z poprzednich płyt, a także dwa covery. Na płycie dostępny jest też materiał mulitimedialny, zawierający klip do pierwszej, i moim zdaniem najlepszej kompozycji - "Hunger". Trudno nie dostrzec atmosfery, jaki stwarzają dźwięki na tej płycie. Klimat nie ma jednak słuchaczom stawiać dęba włosów na głowie. Wszystko zagrane jest w majestatyczny, podniosły sposób, nawet w pełnym blackowej furii "Red Blood Running". Powtórnie nagrane "Years of Dying", "Crying Crown of Trees" i "Neverending War", wydane po raz pierwszy kolejno w '97, '95 i '94 roku mają czystsze brzmienie, i znaczenie łatwiej się ich słucha. Natomiast wyjątkowo ciekawie prezentują się covery. "Valhalla" BATHORY w wykonaniu białostockiej kapeli poraża jeszcze większą siłą niż oryginał, i nie chodzi tu tylko o ciężar brzmienia. Po prostu Bart wykrzykujący "God of Thunder!!!" jest wyjątkowo przekonujący. "Deathcrush" MAYHEM stanowił chyba większe wyzwanie, ale muzykom udało się zachować agresję pierwowzoru.
Podsumowując: HERMH powrócił. Jest bardziej majestatyczny niż kiedykolwiek. Nie oznacza to, że Bart i reszta zapomnieli o blackowych korzeniach zespołu. Przeciwnie, ich umiejętności rozwijają się, i póki zmiany idą w dobrym kierunku, chłopakom należą się tylko oklaski. Polecam zwłaszcza entuzjastom wampirycznych klimatów .
ocena: 7,5/10
Mart(w)a
Psycho Zine:
Po kilku latach milczenia w świat poszła wiadomość, że HERMH znowu powstał, niczym feniks z popiołu. Bart „Biskup” Krysiuk, lider HERMH, skompletował nowy skład i rozpoczął od nowa swoją wampirystyczną misję obraną na ostatnim albumie „Angeldemon”. Po tylu latach przerwy i słodkiego „nicnierobienia” najlepszym sprawdzianem dla każdego zespołu są koncerty i praca w studio. I właśnie z tego powodu zespół HERMH zdecydował się wypuścić na rynek minialbum „Before the Eden-Awaiting the Fire”, który jest preludium przed pełnowymiarowym wydawnictwem i przetarciem się zespołu w studyjnym boju. Nie będę rozpoczynał polemiki nad samym znaczeniem i wartości minialbumów: wiadomo, dla jednych to zapychacz wydawniczych dziur, dla innych to smaczek kolekcjonerski. Każdy ma swój rozum, wybierze sam odpowiednia dla siebie opcję. Ja dodam tylko, ze ten minialbum, trwa ponad 36 minut, więc czasowo kasuje nie jedno pełnowymiarowe wydawnictwo. To tak, by nie było za łatwo.
Sama zawartość krążka to dwa całkiem nowe kawałki, dwa covery (Mayhem i Bathory) i trzy starsze kawałki znane z wcześniejszych płyt w nowych wersjach. Te nowe numery to „Hunger”, do którego na płycie domieszczono jeszcze klip na płycie oraz „Red Blood Running”, który powstał jeszcze w starym składzie, ciut przed samym rozpadem zespołu. Ze staroci zespół odświeżył, czego można było się spodziewać najbardziej znane kawałki ze swojego repertuaru. Chociażby „Years Of Dying” z płyty „Angeldemon”, który można określić prawdziwym hermhowskim przebojem, czy też „Crying Crown Of Teres”, gdzie w oryginale na basie i wokalnie wspomaga zespół nikt inny jak Nergal we własnej osobie. Jeśli chodzi o covery to zespół HERMH postawił sobie wysoko poprzeczkę, zabierając się za kawałek nieśmiertelnego Bathorego „Valhalla” z płyty „Hammerheart”. Próbując się z muzyką z płyty, która jest dla mnie, niczym biblia dla katolika, zespół wypada dosyć…. dostatecznie, jednak chyba nikt nie powinien ruszać świętości i na swój sposób ją kalać. Starają się chłopaki, nie powiem, ale raczej brzmi to jak sztuczne odgrywanie – klimat i czar nie ten. Traktujmy to, więc zatem jako pośmiertny hołd dla Quorthona i niech tak to zostanie. Pewne zastrzeżenia mam również do drugiego covera. Tym razem na „tapetę” poszedł „Deathcrush” Mayhema, który został tak zasłodzony klawiszami, ze aż wyszedł potwornie… przesłodzony. Wiem, czepiam się, ale każdy ma prawo do swojego zdania i ja swoje zdanie wyrażam głośno i wyraźnie. To mi się niezbyt podoba.
Podsumowując, HERMH zrobił swój pierwszy krok po długiej ciszy i teraz trzeba trzymać kciuki, by starczyło Bartowi i spółce sił i samozaparcia do nagrania albumu, który zmiecie całą konkurencję na rynku tzw. symfonicznego black metalu. Czy tak będzie, czas pokaże. Jednak słuchając nowych kompozycji HERMH jestem jakoś dziwnie o nich spokojny. Dadzą radę!!!
ROBERT ŁĘGOWIK
Masterful
W obliczu nowej produkcji Hermh, lubieżnie
rozdzierającej do mnie swe szaty ukazując okultystyczny
symbol, czuję się jak głupi recenzencki melepeta, który nie
potrafi za bardzo znaleźć się, w tej jak to mówią
"sztuce przez duże S". Nie mam zatem najmniejszego
zamiaru porywać się, niczym z motyką na słońce, krzycząc
"chujnia!!", ani też wgryzać się z egzaltacją w tą
mistyczną, z pietyzmem zaprojektowaną centymetr po centymetrze
na komputerowym monitorze konstrukcję dziesiątek ścieżek
smaczków, blaścików, vampirycznych wokaliz i wszystkich
innych mniej lub bardziej znaczących duperszmitków składających
się na efekt finalny. Powiem jak prostak - słucha się tego
dobrze i łatwo, ręce same rozcapierzaja się groźnie i wznoszą
ku niebu z okrzykami pełnymi różnych 'th', 'rrgh' i 'fuck you',
mimo tak olbrzymiego napiętrzenia środków wyrazu nie
zagubiono głównej myśli scenariusza tego przedstawienia i,
mimo wszystko, nie zatracono całkowicie jego spontaniczności.
Bezwględnie każdy miłośnik rozpasanych, atmosferycznych
produkcji zatonie w tym krążku na długo, z rodziawioną szczęką,
do połowy opróżnionym winem w jednej ręce i dogasającą świecą
w drugiej. Mój osobisty problem polega jednak na tym, że
walory którymi ten album próbuje mnie uwieść kolidują co
nieco z moim mało gotyckim poczuciem estetyki. Gówno to oczywiście
znaczy - już Kant znaczną część swojej filozofii poświęcił
zagadnieniom wątpliwej wartości sądów estetycznych, i podważać
wniosków takiego umysłu nie radzę nikomu. Skoro jestem już
jednak tak mało profesjonalny, że nie wspomniałem do tej pory
nic o zawartości utworów, nie przybliżyłem w telegraficznym
skrócie historii powrotu Hermh i pominąłem w dodatku pochwały
dla producentów to pozostanę konsekwentny w swej amatorszczyźnie
i ocenę wystawię również całkowicie nieobiektywną. Jak
przystało na skrywającego się za internetową zasłonką ćwierćinteligentnego
mądralę ;)
ocena: Olo...7
7 Gates
Po sześcioletniej przerwie na scenę powraca białostocka
formacja Hermh. Chociaż może lepiej było użyć określenia -
powraca Bart, wspomagany przez mieszaną ekipę znaną z Abused
Majesty i Asgaard. Mimo, że nad poprzedni album ("Angeldemon")
zawsze przedkładałem np. "Oremus Peccatum" (z
kultowym otwieraniem drzwi w trakcie utworu;-)) to po zmasowanym
promocyjnym ataku, byłem ciekaw nowego materiału. Zwłaszcza,
że na "Before the Eden..." znalazł się jeden utwór
z wymienionego przeze mnie demo. Oczywiście w nowej...hmmm
"zwampiryzowanej" wersji. Hermh pomajstrował również
przy dwóch kolejnych utworach z przeszłości "Years of
Dying"’97 i "Crying Crowns of Trees"’95
- jednak ocenę nowego wykonania pozostawiłbym posiadaczom płyty
"Echo" made in Entropy Rec. - ja jej niestety nie
posiadam. Co do nowych... Tak właściwie to mamy tu dwa nowe
utwory - "Hunger" i "Red Blood Running".
Pierwsze wrażenie: pozytywne... Chociaż krótko i melodyjnie.
Zawsze lubiłem styl Voita vel Wojciecha K. dlatego jego
uderzania w białe i czarne klawisze mi pasuje. W całości
trochę mało w tym zadziornego pazura, mało szaleństwa...
Wygląda na to, że Bart postawił na mistyczność i klimat. A
to już oceni każdy słuchający z osobna. I może narażę się
zwolennikom tego albumu, ale zdecydowanie najbardziej lubię słuchać
utworu 6-tego - "Valhalla"... Ciekawe dlaczego...? 555
– 7ibi
ps. Ciekawe też czyj to był pomysł z domalowaniem makijaży
na fotkach..? Nie można było ich zrobić do zdjęcia? No tak później
trzeba by się myć, a tak zawsze czysto, zawsze pewnie, zawsze
sucho...
Metal Hammer
Dla nieco starszych maniaków black metalu będzie to prawdziwa niespodzianka. Po latach powrócił zespół
Hermh. Płyta "Before The Eden?" jest tylko krótkim przypomnieniem, że zespół istnieje, działa i jest aktualnie w świetnej formie. Bart powrócił z nowymi muzykami (rekrutującymi się głownie z zespołu Abused Majesty) i przygotował mini album, na którym znalazły się ponownie zarejestrowane wersje kilku utworów z lat 94 - 97 ("Years Of Dying", Crying Crowns Of Trees" i "Neverending War"), dwie nowe kompozycje i covery Bathory ("Valhalla") oraz Mayhem ("Deathcrush"). Tyle statystyk, najważniejsza jest zaś sama muzyka, która robi naprawdę znakomite wrażenie. Konglomerat brutalnych gitar, niemal progresywnych pasaży klawiszowych i zróżnicowanych temp może znaczyć dużo albo i nic. Ważne jest to, że zespół posiada umiejętność pisania dobrych, rasowych kompozycji. Wiadomo nie od dziś, że bez konkretnych fundamentów nic nie powstanie. Oparcie utworów na dobrych riffach i ciekawych aranżacjach gwarantuje zaś sukces. Tym bardziej, że na płycie niemal w każdym utworze pojawia się cała masa niebanalnych melodii. Na polskiej ziemi Hermh stanowi niewątpliwie ewenement tworząc muzykę, która pomimo przynależności do sceny black'owej zawiera mnóstwo prawie mainstream'owych elementów, które mogą zagwarantować zespołowi sukces. Oczywiście, trudno mówić, czym jest w naszym padole sukces - uznanie fanów czy zarobiona kasa? Bart jawi mi się jako dojrzały muzyk, który wie czego chce, dlatego ze spokojem czekam na pełną płytę z premierowymi utworami. Dla formalności - płyta zawiera także teledysk zrealizowany do utworu
"Hunger". Ocena: 4/5
Arek Lerch
Rock Metal
Aczkolwiek wielkim fanem Hermh nigdy nie byłem, to ten cieszący się w swoim czasie sporym uznaniem wśród długowłosej braci białostocki zespół utkwił mi w pamięci jako jeden z najbardziej klasowych przedstawicieli polskiej sceny blackmetalowej. Wydany przez ekipę dowodzoną przez Barta Krysiuka w 1997 roku album "Angeldemon" - z całym swym garbem nie do końca do mnie przemawiającego wampirycznego klimatu - był przecież kompletnym zaprzeczeniem typowego wówczas dla gatunku wydawnictwa (pomijając oczywiście wydawnictwa owianego legendą Christ
Agony). Znać na płycie było klarowny koncept, utwory z niej układały się w mozaikę tworzącą spójną całość, a produkcja nie nastręczała problemów z odczytaniem intencji twórców krążka. Po sześciu latach milczenia Hermh powraca na scenę z nowym składem oraz minialbumem "Before the Eden - Awaiting the Fire" i... właściwie nic się nie zmienia.
Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że ów materiał wydany został po to, by starym fanom przypomnieć nazwę grupy, a nowym zasygnalizować jej istnienie. Krążek ten nie jest bowiem regularnym wydawnictwem, ale pomostem pomiędzy chwalebną przeszłością i szykowaną na przyszły rok pełnowymiarową płytą, która ukaże nowe oblicze Hermh w pełnej krasie. Jej namiastką są zamieszczone na płytce wydanej przez Pagan Records dwa nowe utwory ("Hunger" i "Red Blood Running") utrzymane w charakterystycznej dla Barta i spółki konwencji, pełnej patosu, podniosłego nastroju, budujących symfoniczną atmosferę klawiszy i rozwrzeszczanych, wściekłych wokaliz lidera zespołu, wypluwającego z siebie nienawiść do wszystkiego co święte. I pomimo tego ogromu patosu, pompatycznych czy wręcz patetycznych patentów znanych z wczesnych dokonań Katatonii czy płyt wspomnianego już Christ Agony, po raz kolejny trudno odmówić Hermh klasy i mocy, z którą jego muzyka spływa z głośników na słuchacza. I to bez względu na to, czy w postaci nowych kompozycji, czy trzech przearanżowanych i na nowo nagranych kawałków sprzed 10 lat, czy też coverów Bathory ("Valhalla") i Mayhem ("Deathcrush"). I choć akurat ten ostatni łamie nieco spójność
"Before the Eden - Awaiting the Fire", to nie zmienia mojej o krążku opinii. Bo w swojej klasie, fakt faktem nie darzonej nigdy przeze mnie większą atencją, jest to po prostu bardzo dobry album. Warto go posłuchać i obejrzeć (jest bonus w postaci teledysku do "Hunger") w oczekiwaniu na długograja.
BadBlood
Imhoep
Even though we get approx 40 minutes of music (incl. one video-clip), this is a mini-CD. That’s one really positive thing about this release, for we get only two new tracks. Three tracks are new versions of older songs and we get two covers. Hmm, reminds me a bit about the release from Dimmu Borgir which I never liked since that item was fully prized.
Oh well, Hermh released a fine and different Black Metal album a few ago named “Angeldemon”. The new songs are, as far as I reckon, in the same vein. That’s not a bad sign, because there’s no need to change something that is good. However, Hermh should try to develop a bit, and I can’t see that this necessary development has occurred. Could be the ability to make the songs float has increased, for “Hunger” and “Red Blood Running” run (pun intended) well wrapped in a clear production. Due to the keyboards I guess we should name Hermh Symphonic Black Metal. In fact, the keys seem to be a dominant instrument since the music is more traditional and simple. These songs are fine examples to use when you show your friends how keyboards can lift Black Metal songs from the more standard starting-point.
The three re-recordings show us that Hermh hasn’t developed, since they could easily be songs written these days, at least judging from the two new tracks. What I don’t like with this release is, as always, covers. First off, I don’t see the point in doing covers (hmm, tell that to Six Feet Under?). I have never heard a song that beats the original version, no matter how good the actual cover version is. Hermh’s “Valhalla” is not a copy of the original, but hey, I still don’t see the point. Why couldn’t they write another new track instead? And, in my book a cover version will never be a tribute. I would rather prefer if the band used one page of the booklet to honour a band or two. Another point is that I don’t feel like listening to “Deathcrush” done by any other than Mayhem, despite the cool use of keyboards in this cover version.
A new full-length, now that’s something I desire from Hermh.
(Roy Kristensen)
Metal Rules
Po kilku latach rozbratu z rodzimą sceną białostocki Hermh odradza się jak Fenix z popiołów. Z oryginalnego składu grupy pozostał tylko krzykacz
Bart, który dokooptował sobie muzyków na codzień młócących w takich kapelach jak Abused Majesty czy Asgaard. Mini album, którym nas uraczyli ci panowie, ma być niejako przypomnieniem szerszej publiczności samej nazwy Hermh i zapowiedzią mającej się ukazać w niedalekiej przyszłości długogrającej płyty. Dostajemy tu dwa nowe utwory, trzy starsze, ukazujące pierwszy okres działalności zespołu i dwa covery.
Nowe kawałki stylistycznie są rozwinięciem tego, co Hermh pokazywał jeszcze kilka lat temu. Monumentalny, atmosferyczny black metal, w którym jedną z głównych ról odgrywają klawisze. Majestatyczne zwolnienia i opętańcze tempa spajane są przez potężny głos
Barta. Całość składa się na niezwykle klimatyczny, teatralny wręcz metal, który przesiąknięty jest wampiryzmem do szpiku kości. Dodatkowym atutem jest tutaj oczywiście produkcja – bracia Wiesławscy znowu wykonali kawał dobrzej roboty.
Starsze utwory nagrane na nowo i przearanżowane brzmią świeżo i również bardzo dobrze. W telegraficznym skrócie przedstawiają nam historię zespołu z pierwszych lat jego istnienia ale podaną w nowszej, bardziej aktualnej wersji.
Mini album kończą dwa klasyczne kawałki „Valhalla” nieodżałowanego Bathory i „Deathcrush” z repertuaru Machem. Obydwa utwory odegrane są w sposób bezbłędny, choć niekoniecznie identyczny z oryginałem. Białostoczanie podali je na swój, lekko zwampirzony sposób, co się bardzo chwali… Na deser zostaje nam jeszcze obejrzeć video do promującego ten materiał kawałka
Hunger. W sumie video całkiem przyzwoite i przynajmniej nie popadające w śmieszność jak clipy co poniektórych kapel black metalowych…
Wydaje mi się, że ten materiał powinien przypomnieć starszym fanom o Hermh a młodszych zachęcić do bliższego zapoznania się z tą kapelą. Mnie osobiście ten mini-album rozochocił, więc z niecierpliwością będę oczekiwał pełnowymiarowej płyty. Jeżeli będzie kontynuacją i naturalnym rozwinięciem tego, co tutaj usłyszałem, to mnie się już podoba.
Prezes
Born To Die
Może ten kilku letni rozbrat ze sceną, na dobrą sprawę był
potrzebny hordzie Barta?! Pewnie odpowiedzi są co najmniej
dwie, i to zupełnie sprzeczne ze sobą. W sumie na dzień
dzisiejszy, to wszystko ma drugorzędne znaczenie, skoro HERMH w
końcu rzucił na pożarcie ludziskom swoje nowe dzieło. Nowe i
nie nowe, bo tak naprawdę z pięciu autorskich kompozycji zespołu,
tylko dwie, to świeże nagrania, a trzy pozostałe, są prze
aranżowanymi wersjami utworów, które już gościły na
poprzednich wydawnictwach HERMH. Jednak co nie powiedzieć, nie
napisać, to jest to całkiem smakowicie zapowiadający się kąsek,
względem przyszłych nagrań kapeli, dla wszystkich jej
zwolenników. Ciągle jest klimatycznie, a jakże, tyle że
obecnie, jakby bardziej brutalnie, ciężej, bardziej
agresywnie, z większą ilością jadu. Być może jest to efekt
frustracji lidera tej hordy, tłumionej przez miniony czas
niebytu, a może to nowy skład, tak wyraźnie odcisnął swoje
piętno, na twórczym trybie HERMH? Pytajników bez liku, a
odpowiedzi, nie przychodzą łatwo he he. Najważniejsze, by nie
było gorzej, i oby za czas jakiś znowu coś się zrodziło. I
wcale bym się nie obraził, gdyby kolejne dzieło tego zespołu,
było z jeszcze większym kopem hie hie - to już takie moje
prywatne widzi mi się. "Before The Eden - Awaiting The
Fire" to w sumie 7 muzycznych odsłon, bo są jeszcze dwie
przeróbki - BATHORY i MAYHEM - a na koniec, video do jednego z
tych nowszych hymnów "Hunger". Nie, z tym końcem to
pomyłka, bo już zupełnie na koniec, pozostaje czekać na
kolejną odsłonę HERMH.
Skowron
Metal.pl
Białostocki Hermh powrócił po prawie 6 (!) latach nieobecności na scenę przypominając nam o swoim istnieniu koncertami na terenie kraju, a także tą oto mini-płytką Before The Eden (Awaiting The
Fire), wydaną nakładem Pagan Records. Ze składu, który możecie pamiętać z wkładki do poprzedniej płyty - Angeldemon nie ostał się nikt poza wokalistą Bartem. Mimo to muzyka zespołu zachowała swój teatralny charakter, chociaż już nie w takim stopniu jak na Angeldemon, ale mimo wszystko czuć, że to Hermh. W końcu całość brzmi spójnie, co było chyba jakąś zmorą grupy w przeszłości. Korzyść jest z tego taka, że to MCD jest o wiele bardziej przyswajalne niż poprzednie krążki.
Before The Eden (Awaiting The Fire) zawiera siedem kompozycji. Dwie pierwsze "Hunger" oraz "Red Blood Running" to nowe, świeżutkie kawałki
Hermh, kolejne trzy utwory to przearanżowane wersje utworów z poprzednich płyt:
"Years Of Dying" znane z Angeldemon, "Crying Crowns Of Trees" (1995) z dema o tym samym tytule oraz "Neverending War" z dema Oremus Peccatum Refaim (1994). Szósta i siódma kompozycja natomiast to covery Bathory ("Valhalla") i Mayhem ("Deathcrush").
Jak na dzień dzisiejszy prezentuje się Hermh? Dojrzale, melodyjnie, blackowo, fantazyjnie... Te kilka lat rozłąki ze sceną podziałało stymulująco, na dodatek pan Bart wraz z nowymi muzykami wyciągnęli wnioski z poprzednich wydawnictw i tym razem nie dali "spłaszczyć się" w studiu. "Before The Eden..." bowiem kipi dynamiką, której wyraźnie brakowało wcześniej. Z taką muzyką można spokojnie prezentować się na zachodzie. Fakt faktem nie udało się Hermh uciec od pewnego specyficznego polskiego metalowego brzmienia, ale na szczęście muzyka broni się pomysłami. Nowe kompozycje są naprawdę ciekawe - dynamika, teatralność, kop, zmiany tempa, wyraziste klawisze, melodyjne gitarki i do tego odpowiednio wkomponowany blackowy (ale wyraźny) ryk Barta urozmaicany gdzieniegdzie innymi wokalizami. Hermh posunęło się wyraźnie do przodu ze swoją muzyką i z niecierpliwością czekam na ich nową dużą płytę. Słowem - udany jest to powrót na scenę. Co jeszcze można powiedzieć o tym MCD? Płytkę wyposażono w teledysk, a co do coverów - są niezłe, zwłaszcza
"Deathcrush" z klawiszami. [Centurion]
SerpentOria
…Sześć dni, sześć nocy oddanych w krwawej
ofierze dla najnowszej płyty zespołu HERMH –
“Before the Eden – Awaiting the Fire”. Do
czynienia mamy z pierwszym po 6 letniej przerwie w działalności
zespołu mini-albumem, który jest 6 wydawnictwem 6 osobowego składu
(666!!!) z Białegostoku. Wcześniej Hermh raczył nas takimi
albumami jak: “Oremus Peccatum /Refaim/” –
demo 1994, “Crying Crowns Of Trees” – demo
1995, “Echo” – cd 1995 (zawierał poprzednie
dwa dema), “Taran” – cd/lp 1995 oraz
“Angeldemon” – cd 1997, który był pierwszym
albumem nagranym dla Pagan Records.
Wampirycznym skowytem karmi nasze zmysły “Hunger”,
utwór otwierający i jednocześnie promujący album. Zróżnicowany
poprzez klasyczną konstrukcję ze zmiennym tempem i swoistą
igraszką z emocjami mieszając mordercze instynkty z refleksją
jawi się nam jako “klasyk”. Krwistością ustępuje
tylko “Red Blood Running”, po którym nie ma złudzeń
jaki jest styl Hermh i jakiej muzyki się możemy po nich
spodziewać. Kolejny utwór to odkurzony “Years Of Dying”,
który znacznie lepiej brzmi na nowej produkcji podobnie zresztą
jak “Crying Crowns Of Trees”, które ilustrują
korzenie Hermh. Fenomenalnie wykonany “Neverending
War”, z bardzo klimatycznym wprowadzeniem kończy
rekolekcje historii zespołu z lat 1993-1994. Płytę zamykają
2 covery, pierwszy z nich “Valhalla” z repertuaru
BATHORY jest bardzo osobistą wersją Barta, swoistym epitafium
dla Quorthona (zmarłego w czerwcu 2004) i winien znaleźć się
na jakiejś płycie trybutarnej, drugi zaś to
“Deathcrush” MAYHEM, który niemalże od zawsze
towarzyszył zespołowi na koncertach. Wykonany z pasją i
polotem pozostawia uczucie niedosytu i wiecznego “Głodu”,
który towarzyszy wszystkim wampirom.
Ecclesia abhorret sanguine, a Hermh ją po prostu
uwielbia. Mimo niewielkich rozmiarów “Before the Eden
– Awaiting the Fire” (zważywszy tylko 2 premierowe
kompozycje) sprawi, że zespół Barta “Biskupa”
Krysiuka odkryją na nowo jego starzy fani, a nowi zachłysną
się potężną dawką życiodajnej energii. Bardzo dobra
produkcja w studiu Hertz, ale też i wydanie, które dodatkowo
zawiera wideoklip do utworu “Hunger” i świetny
cover art zachęcają do wchłonięcia treści przelanych przez
Barta do tych utworów. Wykonane są perfekcyjnie przez Hala,
Icanraza, Socarisa – trzon wschodzącej gwiazdy polskiego
black metalu – Abused Majesty oraz Derpha i Voita (ASGAARD).
Fenomenalny klimat i nietuzinkowa osobowość Barta wdziera się
z powrotem na polską scenę metalową walcząc z zapomnieniem i
zwiastując nadejście albumu “Eden’s Fire”,
którego wyczekuję z niecierpliwością przyłączając się do
Clan Of Mradu...
Gazeta Współczesna
Ten mini-Cd ( trwajaący “skromne” 40
minnut + videoclip) i zakończona przed paroma dniami świetnie
przyjęta ogólnopolska trasa to niezbite dowody, że po sześcioletniej
przerwie białostocki HERMH powrócił na dobre.I to w świetniej
formie. Otwierający te płytę “Hunger” to
ewidentny “przebój” ze świetnym, zapadającym w
pamięć klawiszowym wstępem, po którym następuje potężna
dawka symfonicznego “wampirycznego” black metalu
opartego na ostro tnących gitarach ( w wykonaniu Socarisa z Abused
Majesty i Derpha z Heuresis ). Podobnie jest w
przypadku drugiego premierowego utworu “Red Blood Running”,
w którym mroczne fragmenty, utrzymane w teatralnym klimacie
łączą się opartymi na blastach.I tak jak kiedyś HERMH
był porównywany do Arcturus,tak teraz bliżej mu do Dimmu
Borgir czy Cradle of Filth , tyle że białostocki
zespół ustrzegł się błędów które wspomniane grupy popełniły
na swoich ostatnich płytach. Muzyka HERMH-mimo udziału
klawiszy –nadal ma bowiem ostrość,surowość i mrok
black metalu, nie topiąc się w bezsensownie rozbuchanych aranżacjach
i przesadzonych dzwiękach .Kolejne trzy utwory,będące
przearanżowanymi wersjami kawałków,znanych ze starszych
wydawnictw białostoczan,są potwierdzeniem kierunku, w jakim
obecnie podąża HERMH.Spośród nich należy wyróżnić
“Crying Crowns of Trees”, który w pierwszej częśći
jest bodaj najbardziej agresywnym utworem na płycie,by po
spokojnej wstawce przemienić się w utwór o dość prostej
melodyce i rytmice,za to o najbardziej szalonym i opętańczym
klimacie ( te wrzaski prosto z wampirzego infernum! ). Całośći
dopełniają dwa covery : “Walhalla”Bathory,dotknięty
“wampirzym” kłem i “Deathcrush” wiadomo
kogo,który dzięki nowej aranżacji otrzymał nowy wymiar. Opis
całości byłby jednak niepełny, gdyby nie wspomnieć,że
–wspierany przez świteną sekcję rytmiczną,czyli
growlujocego basistę Hala i bębniącego Icanraza z Abused
Majesty-Bart znowu okazał się świetnym wokalistą,perfekcyjnie
wykorzystującym możliwe formy ekspresji,począwszy od przejmujących
melodeklamacji,przez głębokie,czyste zaśpiewy aż po wściekły
wrzask ,plasujący się między growlingiem a black metalowym
skrzeczeniem.No i “wiśenka” na tym torcie,czyli świetne
niemal wirtuozerskie klawisze Wojtka Kostrzewy z Asgaard,tworzące
doskonały klimat. Nie chcę użuwać reklamowych haseł
pt.”black metalowy tron jest zagrożony”,ale nie ma
wątpliwości,że jeśli pełnowymiarowy materiał będzie
dobrym rozwinięciem pomysłów z “Befoe The
Eden…” to po przejściu HERMH może nie być
nawet nic do pozamiatania.
DJ BĘBEN
Rock Metal
Ten rok obfituje w powroty nie tylko zagranicą, ale i w Polsce. Dowodem na to jest MCD białostockiego Hermh. Dla młodych adeptów ekstremy jest to zespół co najwyżej kojarzony z trybutem "Czarne zastępy w hołdzie Kat", ale do czasu. Hermh bowiem wydało właśnie materiał, który zapowiada nową płytę.
Pracę nad następcą "Angeldemon" wydanego bodajrze w 1997 roku już trwają, a dowodem tego są dwie nowe kompozycje: "Hunger" oraz "Red Blood Running". Hermh pod dowództwem Barta, wzmocnione o Hala, Icanraza, Socarisa z Abused Majesty oraz Voita z Asgaard prezentuje bardzo ciekawe kompozycje. Jest to nadal vampiric black metal i to bardzo sprawnie zagrany i ładnie nagrany. Poza dwoma nowymi kompozycjami, na MCD znajdują się trzy stare kompozycje, odgrzane przez muzyków oraz dwa covery. Pierwszy z nich to "Valhalla" legendarnego Bathory, a drugi to "Deathcrush" równie legendarnego w niektórych kręgach Mayhem. Całość uzupełnia teledysk do "Hunger".
"Before The Eden" to ciekawa zapowiedź tego co nas czeka w następnym roku. profesjonalnie nagrany i wydany materiał może jedynie cieszyć. Skład Hermh wymieniony na młodych i bardzo dobrych muzyków jest tylko plusem. Zobaczymy co pokażą na pełnym albumie, jak na razie uważam, że idą w dobrym kierunku!
Paweł Parcheta
Kultura Industrianla
Era reaktywacji zespołów, które w jakiś szczególny, bądź nieszczególny sposób zaniechały swojej działalności x lat temu, rozpowszechniła się na dobre również w naszym kraju. Tak o to, po sześciu latach absencji, powraca do nas białostocki Hermh ze swoim mini albumem zatytułowanym „Before The Eden - Awaiting The Fire”. Z pierwotnego składu pozostał jedynie wokalista Bart. Na tym wydawnictwie wspierają go muzycy udzielający się dodatkowo m.in. w Abused Majesty. Nagrań „Before The Eden - Awaiting The Fire” dokonano nie gdzie indziej, a w popularnym już studiu Hertz, pod wodzą barci Wiesławskich, ukazujących niejako w nowy sposób ten bogaty muzycznie band. Na potrzeby tego krążka Hermh stworzył dwie nowe kompozycje: „Hunger” i „Red Blood Running”, pozostałe trzy to zmodyfikowane utwory z poprzednich lat muzykowania zespołu. Poza tym, znajdują się tu jeszcze dwa covery: Bathory „Valhalla” oraz Mayhem „Deathcrush”. Do tego wszystkiego dołożono słuchaczom bonusowy klip do otwierającego numeru „Hunger”. Wstępne informacje mamy już za sobą. Preludium do „Before The Eden - Awaiting The Fire” jest kawałek „Hunger”, według mnie dobrze przygotowujący słuchacza na to, co będzie się działo w dalszej części krążka. Krótki wstęp klawiszy i można zaczynać. Ostre, blackowe linie wokalne Barta są kompatybilne z treścią muzyczną. Mamy też moment deklamacji („It was him who left his imprint on me...”). Dobrze się tego słucha, klimat jest jakby na zawołanie. Numer drugi, „Red Blood Running”, serwuje nam również szybkie tempa, 2 linie wokalu: zarówno wściekły growl jak i deklamacje, no i mnóstwo klawiszy, jak przystało na symfoniczny black metal. Bardzo podoba mi się nowa wersja „Years Of Dying”. Jest na pewno nośnikiem dużej energii, rozpala umysł i wyobraźnię (przynajmniej w moim przypadku hehe). Wściekłe wokale przemieszane zostały z chóralnym refrenem, do tego wszechobecne klawisze, nie mogło być lepiej! „Neverending War” stanowi przykład delikatniejszego spojrzenia na dźwięki. Subtelny gitarowy wstęp i następujące w oddali majestatyczne partie klawiszy zadowolą każdego fana gotycko – metalowych tonów. Dopiero po niecałej minucie wchodzą mocniejsze elementy: gitary i wokal. Jednak ogólna atmosfera jest odrobinę melancholijna w porównaniu z poprzednimi utworami. Ja nie mam zastrzeżeń. Na koniec zostają covery, dobrze odegrane, ale wyraźnie słychać, że zespół przemycił w nich swoje muzyczne wyobrażenia i dobrze! Nie sztuką jest przecież zagrać cover, który niczym nie różni się od oryginału. Co do przeróbki Mayhem, może Hermh nie w pełni pokazał typową norweską agresywność, ale co ja się czepiam? Nie ma w zasadzie o co (hehe). Podsumowując, mamy do czynienia z wyjątkowo nowoczesnym, symfonicznym black metalem, troszkę wgłębionym w wampiryczny, gotycki klimat. Pojawia się dużo muzycznych, fortepianowych pasaży, przeplecionych z gitarami i agresywnym, typowo black metalowym wokalem. Trzeba dodać, że ten album na pewno w jakiś sposób przeciera (może nie znacząco, ale zawsze), zapomniane może przez niektórych, gotycko – black metalowe szlaki. Niestety, 36 minut gotyckiej melancholii i black metalowej agresji mija bardzo, bardzo szybko. Na pocieszenie pozostaje delektować się wspomnianym wyżej teledyskiem do kawałka „Hunger”. /mar/
GAZ-ETA:
Białostocki, black-metalowy Hermh działający już dobrych kilka lat wypuścił na światło dzienne debiutancki krążek, będący podsumowaniem tego, co do tej pory osiągnęli (w tym kawałki z 1994, 1995 i 1997 roku). Początek płyty to klasyczny blackmetal z klawiszowym intro i klasycznym dla gatunku wokalem i brzmieniem gitar. Z czasem muzyka staje się coraz bardziej konkretna i zróżnicowana, słychać, że Hermh pracowali nad swoim brzmieniem i klimatem. W trzecim utworze ("Years of Dying" z 1997 roku) wyczuwam delikatną melodyjną nutę podlaską (notabene to jeden z lepszych numerów na tej płycie) a w czwartym, bardzo długim
"Neverending War" także nie brakuje zderzenia wolnych, nastrojowych klimatów z wściekle szybkim blackiem. Wielkie brawa także za dwa rodzaje wokali - zwykły i klasycznie charkoczący - to zdecydowanie uatrakcyjnia kawałki. Generalnie także brawo za przemyślane kawałki i za dużo melodyjności.
"Before the Eden..." zawiera także dwa covery klasyków gatunku: "Valhalla" Bathory'ego i
"Deathcrush" Mayhem'ów oraz video "Hunger" jako bonus. Generalnie debiutancki krążek Hermh'ów miło mnie zaskoczył dopracowaniem i jest widomym znakiem, że polski blackmetal stoi na bardzo przyzwoitym poziomie.
V.Ziutek
NBC:
Całkiem niedawno narzekałem na kondycję polskiego black metalu. Wystarczyło jednak kilka miesięcy by ta sytuacja, przynajmniej w moich oczach, zmieniła się o 270 stopni! No bo jak tu dalej malkontencić skoro z najgłębszych otchłani wypełzły na wierzch czarne twory naszych ziomków, że wspomnę chociażby o Abused Majesty, Luna Ad Noctum czy mniej znane, ale równie cenione underground'owe Massemord czy Pogrom 1147. Do grona polskiej czołówki tego typu grania dołączył także
Hermh. Chociaż bardziej adekwatnym stwierdzeniem byłoby raczej: powrócił! A powrót to nie byle jaki, gdyż po 6-letniej przerwie białostoczanie sprezentowali nam interesujący pod wieloma względami mini-album. "Before The Eden - Awaiting The Fire" to nic innego, jak zapowiedź longplay'a
"Eden's Fire", który wkrótce powinien się ukazać. Sądząc po formie muzyków Hermh wcale nie obawiam się o to, co sprezentują nam przy okazji nadchodzącego albumu. Powróćmy jednak do teraźniejszości. Formuła tego wydawnictwa nie jest czymś zaskakującym - ot, stare kawałki w nowych aranżacjach, zupełnie świeże numery, dodatkowo wzorowe covery (Mayhem i Bathory) plus, w części
multimedialnej, teledysk do utworu "Hunger". Wypada to wszystko bardzo profesjonalnie i widać (słychać), że zarówno zespół jak i Pagan Records przyłożyli się do tego przedsięwzięcia. Zero jakichkolwiek zgrzytów, całość zrealizowana na niemalże europejskim poziomie. Nie wkrada się tu monotonia, nie można mówić o jakiejś niekonsekwencji, nawet jeżeli sporadycznym pseudo-akustycznym gitarom i rozpływającym się dźwiękom parapetu towarzyszą mocarne gitary i potężny wokal Barta. Z początku może tylko drażnić nadmierna ilość klawiszy, ale to uczucie zanika po jakimś czasie. Cóż, pozostaje tylko patrzeć, jak Hermh ponownie wespnie się na piedestał. Jednak przed kapelą jeszcze daleka droga, bo o zespole, prócz nielicznych maniax, wielu już zapomniało, i aby się przypomnieć nie wystarczy nagrać jakiegoś tam albumiku. Mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że
"Before The Eden..." dobrze rokuje na przyszłość i mam nadzieję, że zespół szybko odzyska utracony dość dawno temu wysoki status wśród black metalowych hord panoszących się na polskich ziemiach.
autor: kaReL
ocena: 8,5/10
Rock Magazyn:
Białostoccy reprezentanci symfonicznego black metalu-grupa Hermh, wraca po 6. latach wydawniczej ciszy.
Hermh, którego początki sięgają roku 1994 ma na koncie m.in. album Taran (Last Epitah Production) wydany w 1995 roku oraz Angeldemon wydany pod egidą Pagan Records rok później (w 1997 roku Hermh zarejestrował własną wersję "Czarnych Zastępów" KAT-a, która ukazała się na płycie Czarne Zastępy-W Hołdzie KAT wydanej także pod skrzydłami Pagan Rec.). Kolejne plany wydawnicze białostocczan wiązały się z albumem Eden's
Fire, którego rejestracja z przyczyn personalnych , jakie miały miejsce wewnątrz zespołu, nie doszła do skutku jednocześnie akcentując zawieszenie
Hermh, któremu nowe życie darowano w ubiegłym roku dzięki staraniom wokalisty Barta, jedynego człowieka w reaktywowanym zespole z dawnego składu, zaś szeregi grupy wsparli m.in. ludzie z Abused Majesty.
2 utwory premierowe, 3 nowe wersje starszych utworów Hermh plus 2 covery (Bathory i Mayhem) oraz dodany vide oclip tworzące mini-album Before the eden-awaiting the fire, jako zwiastun pełnego albumu (rzeczonego Eden's Fire) to chyba najświetniejsza rekomendacja nowego
Hermh, znajdującego się w doskonałej kondycji. Płyta z profesjonalnie zagraną muzyką, świetnie zaaranżowana w konsekwencji czego białostocczanie uprawiają black metal światowego formatu. Ten album to "delikatnie" tlący się lont zakończony szatańską detonacją. 40 minut monumentalnego, dzikiego i psychodelicznego black metalu bez kitu i kiczu, za sprawą potężnego głosu Barta prostuje kości aranżując diabelskie misterium (cover Valhalla Bathory to prawdziwa krucjata).
Polecam wszystkim, którzy długo czekali na rodzimy black metal grany profesjonalnie i autentycznie. Hermh epatuje namiętnością do metalu. Znakomicie.
ocena: 5/6
Izabela "Iza( )el" Larisz
ROCKMETAL.PL
Od ostatniego
materiału białostockiego Hermh minęło dobrych siedem lat
– Angeldemon
ukazał się bowiem w 1997 roku. W czasie pracy nad następcą
tej bardzo dobrze przyjętej płyty w obozie Hermh doszło do
nieporozumień i kapela ze stanu gotowości przeszła w stan
bezczynności, a następnie uległa annihilacji. Jednakoż w
zeszłym roku wokal Hermh – Bart – stwierdził, że
w sumie pograłby jeszcze stare kawałki i zrobił coś nowego.
Skrzyknął zatem parę osób, m.in.
z Abused Majesty, i grupa zabrała się ostro do roboty.
Rezultatem ich
pierwszych wysiłków nad reaktywowanym Hermh jest niniejszy
mini album, na który składa się siedem kawałków – z różnej
bajki. Dwa pierwsze to numery premierowe, trzy to starsze rzeczy
zarejestrowane ponownie oraz dwa ostatnie to covery (Bathory i
Mayhem).
Po ukazaniu się Angeldemon
(a nawet wcześniej) Hermh
został okrzyknięty przedstawicielem symfonicznego blacku i
polskim odpowiednikiem Arcturusa i chociaż porównanie to nieco
na wyrost po kilku latach widać, że nie dalekie od prawdy. Years
Of Dying, Crying Crowns Of Trees oraz Neverending
War – wszystkie pochodzące
z “zamierzchłej przeszłości” grupy, czyli sprzed
7-9 lat – w nowej oprawie, nowocześnie nagrane brzmią o
wiele lepiej, ale jednocześnie zdradzają silne wpływy
wspomnianego Arcturusa, ale też, za przeproszeniem, Cradle Of
Filth. Przetrwały próbę czasu, bo obecnie mogą się równie
podobać. Odstają jednak nieco od dwóch premierowych kawałków,
które piętna wyraźnych wpływów nie noszą,
ale nadal obracają się w tej samej konwencji. Z tą różnicą,
że zdają się bardziej przemyślane, ale uczciwie przyznam, że
momentami wcale nie wychodzi to na dobre, bo starsze kompozycje
wydają się bardziej zróżnicowane (choćby wokalnie, ale też
rytmicznie), natomiast te
dwie nowe... no brzmią fajnie, ale nie powalają, wyciskając
pewną średnią – może warto trochę więcej pokombinować?
A covery? Zagrane
sprawnie, z pasją, technicznie rzecz jasna wzorowo.
Zdecydowanie lepiej wypadła Valhalla
Bathory – potęga każdego dźwięku jest tu oszałamiająca,
a Hermh świetnie ją przemycił. Moc!
To tylko mini
album, który ma zapowiadać długograja. Szczerze mówiąc,
jestem ciekaw jak zabrzmi anonsowana płyta.
Jacek YM Żuławnik
STREFA KLIMATYCZNA:
Być może 2004 rok dla metalu zapisze się jako czas mniej lub bardziej oczekiwanych reaktywacji. Teoria sprawdzalna zarówno jeśli chodzi o nasz kraj jak i o resztę świata. Po siedmiu latach milczenia do grona żywych powraca białostocki Hermh. I zupełnie nie słychać, że zespół zafundował sobie tak długie wakacie.
"Before the Eden - Awakening the Fire" to przedsmak dużej płyty. Biorąc jednak pod uwagę czas trwania (blisko 40 minut) można traktować ten minialbum jako pełnometrażowy materiał. Hermh bez problemu odnalazł się we współczesnych realiach. Z jednej strony mamy tutaj nawiązanie do własnej przeszłości, z drugiej zaś udoskonalanie wypracowanego stylu. Dowodem potwierdzającym są nowe wersje utworów znanych z poprzednich wydawnictw ("Years of Dying", "Crying Crowns of Trees", "Neverendind War") Co istotne, słychać z kim mamy do czynienia. Zespół zachował twórczą teatralność i horrorystyczną aurę, znaną z "Angeldemona". Takie skojarzenia zazwyczaj prowadzą do Cradle of Filth. Jest w tym trochę prawdy, tym bardziej, że na poprzednim krążku takie inspiracje też były słyszalne. Jednak Polaków i Anglików więcej dzieli niż łączy. Hermh jest bardziej ascetyczny w swej wymowie, nie potrzebuje orkiestry, żeńskich wokali i niezliczonych zmian tempa, by wykreować frapujący nastrój. W tym przypadku zawsze mieliśmy do czynienia ze specyficznym podejściem do klimatycznego black metalu, i tak jest do tej pory. Agresja, szybkie tempa i skrzeczenie zgrabnie komponują się z ciekawymi melodiami i niskimi wokalami (choćby "Crying Crowns of Trees", "Years of Dying"). W ten rdzeń doskonale wgryzają się klawisze (za które odpowiada parapetowy Asgaardu). Dzięki nim muzyka nabiera niepokojącego charakteru. Często też za ich sprawą staje się bardzo patetyczna. Słychać to szczególnie w coverze Bathory. Hermh wyszedł z tego pojedynku zwycięsko. "Valhalla" nie tracąc ducha oryginału, nabiera tu wampirycznych barw. Równie dobrze zespół poradził sobie z repertuarem Mayhem. "Deathcrush" zachowuje pierwotną surowość, a dzięki klawiszom staje się bardziej frapujący.
Hermh może być dumny ze swego powrotu. "Before the Eden - Awakening the Fire" to solidna dawka oryginalnego black metalu, polanego symfonicznym sosem. Zespół tak samo mieści się w tej stylistyce jak od niej odstaje. To jeszcze bardziej potwierdza jego klasę.
ocena: 8 / 10
Małgorzata Gołębiewska
MEGA-SIN No.4/2004
Sześć długich lat przyszło mi czekać ( i nie tylko mi) na
następcę “Angeldemon”. Po niebycie Białostoczanie
powracają w nowym składzie, z nowymi utworami. Mam to szczęście,
że dane mi jest obcować z nowym materiałem Hermh jeszcze
przed jego premierą. Dla mnie był i jest to jeden z
najlepszych zespołów w naszym kraju, jeśli chodzi o
klimatyczny black metal. “Before the Eden…”
udowadnia, że nic w tej kwestii na pewno się nie zmieni, bo
materiał jest, najzwyczajniej w świecie bardzo dobry. Co
prawda są to tylko dwa premierowe utwory, ale i tak nieźle mi
zamieszały w rankingach na ten rok. Styl jest ten sam, a jednak
trochę inny. Jest to nadal materiał klimatyczny, ale nie aż w
takim stopniu, jak wcześniejsze wydawnictwa. Większy nacisk położono
na zbrutalizowanie muzyki. Nabrała ona większego kopa większego
poweru. “Hunger” i “Red Blood Running”
zyskały dzięki temu na majestacie i podniosłości. To dwa potężne
czarne kły, które górują nad słuchaczem i okrywają go
mrokiem. Aż ślinka zaczyna lecieć, gdy pomyślę, co też może
znależść się na pełno wymiarowym albumie Podlasian. Nowe
numery to ognisty podmuch, który pozostawia niedosyt. Jeśli
nowy stuff będzie tak samo potężny to chroń nas Panie Boże,bo
jak nic zostaniemy zdmuchnięci z powierzchni ziemi, niczym zapałki
w konfrontacji z falą uderzeniową po wybuchu nuklearnym. Na osłodę
zespół dorzucił po jednym utworze z poprzednich wydawnictw (
“Years of Dying” z “Angeldemon”,
“Crying Cowns of Trees” z “Taran” i
“Neverending War” z “Echo”), które
zostały na nowe zaaranżowane tak, aby pasowało do nowego
oblicza zespołu. Co tu dużo pisać ten stuff po prostu
niszczy. Na koniec pozostały dwa covery. Pierwszy to
“Valhalla” Bathory, drugi to
–“Deathcrush” Mayhem . Dałbym najwyższą notę
temu materiałowi, ale powstrzymałem się, aby tak zrobić przy
ich nowym albumie. Powrót jak najbardziej udany, osobiście
cieszę się bardzo, że Hermh jest znowu obecnie na scenie i
mam taką cichą nadzieję, że trochę na niej zamiesza.
ocena 9/10
Tymothy METAL HEART.PL
Hermh z Białegostoku uraczył nas 40 minutami muzyki określonej
mianem symfoniczno – wampirycznego black metalu. Zwał jak
zwał, muzyka na „Before the Eden – Awaiting the
Fire” to spora dawka klimatu, nostalgii i blackmetalowych
blastów. Na płycie jest siedem numerów, ale tylko dwa
premierowe (resztę stanowią utwory ponownie nagrane oraz dwa
covery). Nie ukrywam, że z całej tej płyty przypadły mi do
gustu głównie te dwa najnowsze numery, one niejako stanowią
wizytówkę zespołu. W dalszej części CD jest już tendencja
spadkowa, utwory mniej dojrzałe, chociaż w podobnym stylu co
Hunger i Red Blood Running. Nie można jednak powiedzieć, że są
słabe, są po prostu gorsze... (przynajmniej dla mnie). Covery
są nagrane przyzwoicie i nie można na nie narzekać. Na temat
brzmienia płyty można powiedzieć tyle: jest to nagranie ze
studia Hertz - jest ok., ale brzmi podobnie jak inne produkcje z
tego studia. Ogólnie rzecz biorąc Hermh wywarł na mnie dobre
wrażenie i chciałbym usłyszeć więcej nowych kompozycji...
Stać ich na naprawdę dużo!
Łukasz Grzaniec
|